Byłam ci ja wczoraj w kongresowej i szłam po czerwonym dywanie.

Przysiegam na matkę ze był czerwony dywan i flesze!
Stanęłam jak wryta i w ostatniej chwili schowalam się za filar, sprawdzic
czy mi nic nie wystaje i czy nie mam dziury.
Sprawdziłam.. przymnknelam powieki.. i.. ruszyliśmy.. i.. nic.
Flesze milczaly. Nie padlo ani jedno zdjecie.

Pf. Pf. i jeszcze raz pfpf.

A była to premiera gwiezdnych wojen. Żebyśmy się zrozumieli.
Żaden Czajkowski.
W srodku po korytarzach biegalo ze czteranstu małych yodów,
ze szesnastu rycerzy jedi ze świetlnymi mieczami, ze dwie leie,
ze czterech waderów…
i jedna Plava Laguna :))) serio.
Jak slowo daje :)
No o boże :)

Jeśli chodzi o film to przede wszystkim dowiadujemy się
skąd vader ma swój hełmafon i kto go tak urządził,
i w ogole jesteśmy świadkami jego przemiany duchowej.
Troche mnie nie przekonali, ale niech będzie.
Przemiana bowiem zaszla o tak: PSTRYK.
Trwalo to 4,5 minuty i zajęło trzy sceny po 1,5 minuty kazda. I już.
Nagle dobry stal się zły. KLIK. I wyciął w pień setki jedi.

Troche nie ten.

A potem był bankiet, na którym upilam się jednym kieliszkiem wina
i zrobila się 12.
A trzy minuty po 12 usnelam na stojąco w trakcie rozmowy ze znajomą,
więc pojechaliśmy do domu.

A dziś jest dziś.
I ciagle kurwa zimno!