Dajcie spokój, ubraliśmy choinkę w weekend.
Franek w domu na antybiotyku, rozbiera dom do gołej cegły
(zatoki zawalone mega).

Zadzwoniłam do pkola 
- pani Aniu, Franio nie przyjdzie już do końca roku, jest chory 
- Mamooo ciem porozmawiać!
PANI ANIU! jestem chory! mam katar kaszel i czkawkę!

Więc co, jako rodzice uchylający nieba swym dzieciom uznaliśmy,
że trzeba urozmaicić im jakoś czas, to może sie na chwilę zamkną.
Chłopaki pojechali po choinkę. Wrócili z jodłą.
Na szczęście, bo jodła się tak nie sypie jak kurewski świerk.
Choinka jest przystrojona na piękny świąteczny kolor - brązowy,
więc nie jest zapewne spełnieniem dziecięcych marzeń o choince,
ale grunt, że lampki mrugają i fajnie się jeździ dookoła niej rowerkiem (!).
A córka szmurka (która rok temu o tej porze była juz zygotą)
gapi się na to wszystko i się cieszy.

A ja siedzę, śpiewam kolędy i gram na harfie.