Jakaś się płaczliwa zrobiłam, stoję kroję chleb okruchy leżą na desce
podbiega mrówka, dopada największego okruszka i zaczyna z nim biec,
leci zygzakiem, okruszek co rusz wypada jej z łapek, czy paszczy
czy w czym ona go tam niesie, nie wiem, bo bardzo szybko biegnie.  
W zasadzie leci, nigdy nie spotkałam tak zasuwającej mrówki,
pewnie widzi, że stoję nad nią z nożem, 
mikroskopijne serduszko tłucze się o odwłok,
nagle podbiega inna mrówka i jej pomaga, teraz pędzą we dwie,
co chwilę się wywracają…  
aaaaaaa już nigdy nie zabiję żadnej mrówki!
Popłakałam się.
Masakra.